RSS
środa, 28 września 2005
Zupa Tex-Mex

Wzgórza Sangre de Cristo odbijały się gasnącą iluminacją we wstecznym lusterku. Cienie o długich twarzach witały noc. Chciałbym napisać, że zakręty przytulały samochód lecz droga była prosta i monotonna jak sny polityka. Pustynia stygła, odbijała światło wschodzących gwiazd przyspieszając czas.
Jechaliśmy w stronę granicy meksykańskiej by odebrać rodzinę z Małkini, której po raz dwunasty odmówiono wizy.
- Zatrzymałbyś się. Czas odcedzić ziemniaczki - Staszek był zapalonym zwolennikiem liryki kulinarnej.
Zjechałem na pobocze, właściwie na jego brak. Staszek pobiegł w kierunku trzymetrowego kaktusa, ja zaczerpnąłem chłodnego powietrza zmiesznego z dymem Lucky Strika.
- Zobacz - dobiegł głos zza kaktusa - ktoś piecze ziemniaki.
Rzeczywiście kawałek za nawadnianym kaktusem płonęło małe ognisko. Podszedłem bliżej.
Przy ognisku siedziały dwie postacie otulone w indiańskie koce, twarze ukryte w cieniu kapeluszy.
- Buonas noches -powiedziałem.
- Uważaj to może być Zorro - Staszek prawie dotykał mojego ucha...




By nie zanudzać: w grubym emaliowanym garnku podgrzewamy dwie łyżki oliwy, na której smażymy drobno pokrojoną cebulę i jeszcze drobniej pokrojoną dużą zieloną paprykę. Cebulę na złoto, paprykę by była miękkawa.

Pamiętam smak zupy , pamiętam przepis, pamiętam, że Staszek zjadł prawie cały garnek. Nie pamiętam co to byli za ludzie, skąd się wzięli i dokąd zmierzali. Myślę, że to jedna z tych wielkich tajemnic życiowych.

Dodajemy pół kilograma mielonej wołowiny i łyżeczkę sproszkowanego w moździerzu kminu rzymskiego. Smażymy mieszając i rozdrabniając wołowinę łyżką, aż mięso lekkio zbrązowieje. Dodajemy całą zawartość dwóch puszek pomidorów, drobno pokrojoną ostrą papryczkę (lub dwie, lub trzy - w zależności od podniebienia), torebkę mrożonej kukurydzy i szklankę bulionu wołowego.
Gotujemy na wolnym ogniu około 20 minut.

Podajemy z siekaną natką kolendry, startym ostrym serem i pokruszonymi chipsami z tortilli.


Romek Samolot


Zgodnie z tradycją - kliknij TU i TU

00:15, b_hunter
Link Komentarze (31) »
sobota, 24 września 2005
C.D.Następuje
dwudziesty czwarty września 2005 roku


Ciąg dalszy nadciągającego makaronu.

Poznajmy makaron:
- Proszę Państwa - oto makaron Spaghetti (znaczy grube nitki bez jaj)
- Makaron - oto Państwo.

Musimy przyznać, że zdziwiliśmy się. Makaron (zwykłe spaghetti bez jaj) - zrozumiał pojęcie Państwa.
Haaa! - pomyśleliśmy - jest jeszcze czas, można się zdecydować lub zmienić wcześniej podjętą decyzję.

Jeszcze jest czas - nim przyjdą przymrozki i zbiorą ostatnie pomidory z ogrodu. W międzyczasie więc, nagrzewamy piekarnik do 180ºC / 350F. Na natłuszczoną blachę lub folię wysypujemy 25 dag pomidorów wiśniowych i pieczemy aż się pomarszczą i skarmelizują - około 10 minut.
W tym czasie gotujemy opakowanie spaghetti zgodnie z zamieszczonym na nim przepisem.



Rozgrzewamy patelnię na średnim ogniu. Na patelni - łyżka oliwy i łyżka masła. Dodajemy pokrojoną cebulę i przeciśnięte przez praskę 3 ząbki czosnku. Smażymy na złoto. Dodajemy pokrojone w plasterki pieczarki (6 - 8 sztuk), ćwierć szklanki wytrawnego czerwonego wina, sól i pieprz do smaku. Gdy pieczarki zmiękną dodajemy pomidory i garść porwanej, świeżej bazylii. Mieszamy.
W dużej misce łączymy odcedzony makaron z zawartością patelni według znanego już wzoru:
- Makaron, oto Zawartość Patelni.
- Zawartość Patelni, oto Makaron.
Podajemy z dużą ilością startego sera Parmezan lub Romano.

Makaron - kto by pomyślał, no, no...

Romek Samolot

Zgodnie z tradycją klikamy TU i TU

01:04, b_hunter
Link Komentarze (36) »
czwartek, 22 września 2005
Co to będzie?
dwudziesty drugi września 2005 roku




Makaron nadchodzi. Nitka za nitką. Makaron idzie rzędem. Powoli, uparcie.
- To ICH wina - krzyczy mały Lider.
- To nie makaron , to robactwo - krzyczy Ciągle Jednak Kandydat - to ICH wina.
Palec wskazuje palec.
Makaron nadchodzi....

C.D.N.
01:12, b_hunter
Link Komentarze (11) »
wtorek, 20 września 2005
Czy Kot w Butach nosi skarpetki
dwudziesty września 2005 roku


- Pogoda za oknem wręcz wzywa do gotowania zup i gulaszy, a wilk zjadł babcię - żalił się Czerwony Kapturek - mielibyśmy wyborowy Gulasz Babuni.
Czerwony Kapturek zawsze opuszczał przyimek "z" - wzorem krajowego przemysłu spożywczego i speców od reklamy.
- Będziemy siedzieć głodni przez całą jesień czekając na cukierki od Dziadka Mroza - chciałam powiedzieć świętego Mikołaja. To ostatnie było odpowiedzią na znaczące spojrzenia Kota w Butach.
Kot w Butach sączył piwo z butelki jednocześnie trzymając zabłocone kowbojki na stole. Palił fajkę (Wcześniej Kot był z Kocicą, ale paliła papierosa i upaliła kawał nosa. Prędko prędko do doktora... itd. okazało się, że NFZ nie refunduje po_papierosowych_poparzeń i nie ma już Kocicy - Kot zamieszkał z Kapturkiem).
- Czy można ugotować gulasz z fasoli? - zastanawiał się Kapturek - zwabilibyśmy jednego z kurczaków Mamy Kwoki albo jedną z trzech świnek, posypali ziołami Jagusi i wystarczyłoby do grudnia.
- Fasolę ukradłaś Jackowi już w lecie. Gotuj - mruknął Kot w Butach otwierając kolejną butelkę piwa.
Czerwonemu Kapturkowi pomysł bardzo się spodobał.
- Fasolka po meksykańsku - wymyślił kapturek poprawiając dekolt - przecież nie może się nazywać "Ptaszek z czarną fasolą", albo "Świnka z bobkami.
- Tak robimy "Frijoles Mexicanos"



Jak Czerwony Kapturek pomyślał tak zrobił. Kot dostarczył kurczaka, którego Kapturek pokroił w 2 centymetrowe kawałki (pokroił pół, kilograma bo więcej mu się nie chciało). Kawałki wrzucił do miski, a do kurczaka dodał cebulę drobno pokrojoną, trzy ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę, jedną płaską łyżeczkę chili, tyleż oregano, tyleż pokruszonej papryki
lub czerwonego pieprzu, sok z jednej limonki.
Wszystko Kapturek dokładnie wymieszał i wstawił w misce na pół godziny do lodówki.
Po pół godzinie, poganiana przez głodnego już Kota w Butach, nasza sierotka... (nie, nie to inna bajka) nasz Czerwony Kapturek rozgrzał dwie łyżki oleju na dużej patelni i dodał zawartość miski wyciągniętej z lodówki. Smarzył aż mięso było prawie gotowe - około 10 minut. Wtedy dodał puszkę czarnej (lub czerwonej) fasoli, pół szklanki bulionu. Zagotował, zamieszał posypał garścią drobno pokrojonej natki kolendry (lub pietruszki w historii alternatywnej), zamieszał ponownie i przykrył pokrywką.
Po dziesięciu minutach Kot w Butach z Czerwonym Kapturkiem zajadali się gulaszowo meksykańską fasolką z ryżem jako dodatkiem i popijając piwem.
Kto nie lubi ptaszka, użyje świnkę. Kto nie lubi świnki i ptaszka znajdzie sposób na wkomponowanie tofu.
I ja tam byłem
fasolę i piwo piłem,
a co widziałem
i co chciałem
niezbyt wiernie opisałem.

Romek Samolot


Kliknij na FOTOgraficzną REWJę

04:28, b_hunter
Link Komentarze (19) »
czwartek, 15 września 2005
GG (gruyère gougères)
piętnasty września 2005 roku


Ruth Reichl - w latach dziewiędziesiątych najpotężniejszy krytyk kulinarny świata (New York Times), a dzisiaj redaktor naczelna miesięcznika dla obżatuchów "Gourmet" wydała niedawno książke zatytułowaną "Czosnek i szafiry - czyli tajne życie krytyka w przebraniu".
Książka lekka, napisana z przymrużeniem oka (o sobie) i swadą (o jedzeniu). Sztuka wymyślania nowej persony, charakteryzacja, zdobywanie kart kredytowych na inne nazwisko, zakupy ubrań i peruk - wszystko by pozostać nierozpoznanym przez rzesze nowojorskich kelnerów, chefów i właścicieli restauracji - opisana dokładnie i z humorem .
Dla nas, lubiących wykwintne kolacje - opowieści o czterogodzinnych posiłkach w czterogwiazdkowych restauracjach, szybkich obiadach w etnicznych jadłodajniach i o medytacjach nad sushi w przybytkach prawdziwych japońskich mistrzów.
Bo jak pisze autorka:
" Nawet najskromniejsze restauracje oferują możliwość stania się kimś innym choćby na krótką chwilę. Restauracje uwalniają nas od szarej codzienności; jest to częścią ich czaru.
Kiedy przekraczasz drzwi restauracji wkraczasz na neutralne terytorium gdzie możesz być kim zechcesz w czasie trwania posiłku.
Każda restauracja jest teatrem, a naprawdę najlepsze pozwalają nam zanurzyć się w fantazji, że jesteśmy bogaci i potężni. Gdy restauracje dotrzymują swojej części umowy wierzymy, że jesteśmy otoczeni służbą poświęconą naszemu szczęściu i oferowaniu niezwykłych potraw."



W książce zamiast zdjęć autorka zamieściła przepisy. Jak przebiegle.

Dla tych co zostaną dzisiaj w domu jej przepis na Gougères - małe serowe zakąski podawane gościom czekającym na stolik w "Daniel" NYC.

Składniki to:

szklanka wody (200ml) / kostka niesolonego masła / płaska łyżeczka soli + odrobinę więcej / 1 i 1/2 szklanki mąki / 5 jajek /
szklanka (ok. 250g) sera Gruyère pokrojonego w małą kostkę / czarny pieprz do smaku / pół szklanki drobno startego sera Gruyère

Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 C / 375 F

Do rondelka wlewamy wodę,dodajemy masło i łyżeczkę soli - doprowadzamy do wrzenia mieszając aż masło się rozpuści. Zdejmujemy rondelek z ognia pozwalamy mu trochę ostygnąć. Dodajemy mąkę uważając by dobrze ją wymieszać.
Stawiamy rondelek z powrotem na dużym ogniu, mieszając drewnianą łyżką aż mikstura zacznie odchodzić od ścian rondelka. Zdejmujemy z ognia.
Dodajemy jajka, po jednym, mieszając. Gdy uważamy, że dobrze wymieszane (lub gdy ręka boli) dodajemy pokrojony ser i pozostałą odrobinę soli, pieprz. Znowu mieszamy. (ufffff)
Nabieramy ciasto łyżką (tak jak nabiera się lody) i kładziemy na dobrze wysmarowaną masłem blachę do pieczenia. Nożem wygładzamy wierzch i boki każdego gougère i posypujemy tartym serem.
Pieczemy około 25 minut, będą gotowe gdy zauważymy, że są złote i nadmuchane.
Podajemy natychmiast.

Romek Samolot

foto jest tutaj natomiast rewju tutaj

03:31, b_hunter
Link Komentarze (17) »
wtorek, 13 września 2005
Taaaapas
trzynasty września 2005 roku


Gęś gęgała w gęstwinie
kwaś kwakała w kwaśninie
goście gościli w gościnie -
żegnając odchodzące lato przy stole rozstawionym nad urwiskiem. W dole ocean bił o skały nie robiąc sobie nic z uciekającego za horyzont słońca. Siedzieliśmy zapatrzeni w dal (siną), obrus powiewał szarpany wiatrem. Piliśmy wino lecząc smutek za odchodzącym latem. Nagle pomiędzy rozstawionymi talerzami wiatr przegonił pożółkły liść. Mknący w porcelanowym labiryncie symbol nadchodzącej zmiany wstrząsnął wszystkimi. Staszek uronił łzę.

No może przesadzliśmy z tą łzą. I urwiskiem. I oceanem. Reszta to prawda - była gościna, machanie latu na pożegnanie (po winie), do jedzenia - tapas. Wzorowane na hiszpańskich zakąskach małe dania, na wielu talerzykach jedzone wieloma widelczykami. Były świece, lampiony, latarnie, muzyka.



Naszą ulubioną tapas są nadziewane papryki picadillos w sosie z czarnej fasoli.
Robi się tak:
Papryki umyte i oczyszczone z pestek, z odciętym końcem (odcinamy koniec z ogonkiem) nadziewamy trzema serami i świeżym szpinakiem. Używamy słodkawego szwajcarskiego ementalera, biały cheddar i peccorino-romano. Sery muszą sie dobrze topić, a skład mieszanki i jej proporcje ustalamy według własnego smaku. Dobrym pomysłem jest na przyklad zastąpienie ementalera wędzonym serem gouda.
Ubijamy nadziwkę w paprykach, zamykamy papryki wykałaczką i pieczemy na wysmarowanej oliwą blasze w temperaturze 180 C/350 F przez 10 minut. Po 10 minutach sprawdzamy miekkość papryki. Idealna papryka nie powinna być rozgotowana, powinna zachowywać chrupkość pierwotną, którą jej natura przypisała - czyli - powinna być krojona nożem. Jeśli wystarczy widelec - jest już za miękka.
Podajemy polewając każdą paprykę jedną łyżką sosu z czarnej fasoli.



Sos z czarnej fasoli
mała cebula drobno posiekana / dwa ząbki czosnku drobno posiekane / ostra papryczka drobno posiekana (bez pestek) / pół łyżki przecieru pomidorowego / łyżka oregano / półszklanki wody / dwie (niecałe) puszki czarnej fasoli

By zrobić sos: rozgrzewamy średnią patelnię, dodajemy łyżkę oliwy, cebulę, czosnek, paprykę i oregano. Smażymy 5 - 7 minut. Dodajemy przecier pomidorowy, fasolę i wodę. Smażymy kolejne 10 minut. Miksujemy wszystko w robocie kuchennym, blenderze lub przecieramy prze sitko. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Popijamy łagodnym białym winem np. Zenato Lugana San Benedetto z 2004 roku.




Romek Samolot



foto jest tutaj natomiast rewju tutaj

02:32, b_hunter
Link Komentarze (12) »
czwartek, 08 września 2005
Herbata mangowo-bąbelkowa
ósmy września 2005 roku

Orginalnie zwana Mango Bubble Tea - wersja samolotowa pozwoli nawadniać organizm stylowo i smakowo; już nie letnio, a jeszcze nie jesiennie.


Zalewamy torebkę owocowej herbaty 1/3-cią szklanki prawie wrzącej wody. Herbata może być o smaku pomarańczowym, brzoskwiniowym lub podobnym. Niekoniecznie bardzo podobnym. Pozwalamy jej ostygnąć. Nawet herbata potrzebuje chwilę samotności i spokoju.


Przygotowujemy czerwone porzeczki (niecałą szklankę) - wybieramy nieduże - jeśli świeże - myjemy, jeśli mrożone rozmrażamy. Nawet porzeczki potrzebują chwilę samotności i spokoju.

Robimy syrop - 1/3 szklanki cukru białego, 1/3 szklanki cukru brązowego, 2/3 szklanki wody. Gotujemy w rondelku przez 5 minut, zdejmujemy z ognia, schładzamy. Nawet prosty syrop potrzebuje chwilę samotności i spokoju.

Zalewamy porzeczki wcześniej przygotowaną herbatą i dodajemy pół szklanki syropu. Wstawiamy do lodówki. Nawet tak dziwna mieszanka potrzebuje chwilę samotności i spokoju.

Na każdą porcję napoju odmierzamy: 3/4 szklanki mango (obranego ze skórki i pokrojonego na kawałki - pestkę wyrzucamy), 3/4 szklanki soku pomarańczowego, 2 łyżki syropu, 2 łyżki mleczka kokosowego, 3/4 szklanki lodu oraz łyżkę soku wyciśniętego z limonki.
Do diabła ze spokojem i samotnością produktów spożywczych. Pakujemy wszystko do blendera/robota i miksujemy na jedwabistą gładkość.

Na dno dużej wysokiego pucharu, kieliszka lub małego flakonika zgarniamy ćwierć szklanki mieszanki porzeczek z herbatą. Zalewamy mangową miksturą. Dodajemy bardzo grubą rurkę.

Siorbiemy, żujemy, uśmiechamy się.


Romek Samolot

Kliknij na foto i rewju
04:28, b_hunter
Link Komentarze (18) »
czwartek, 01 września 2005
Jadąc do Kungfu
pierwszy września 2005 roku


Dla P.


Nie mogę zapomnieć nieba, gdy o zmroku jechaliśmy z Baotou do Shenyang. Dwa wagoniki to był cały pociąg. Kobieta w kasie powtarzała coś co brzmiało jak "szszsz", a ja pół po serbsku pół po albańsku próbowawałem wytłumaczyć, że chcemy się dostać na granicę chińsko - japońską, że szukamy przepisu na lody z zielonej herbaty. Według podręcznika Zen tylko lody z zielonej herbaty są zrealizowaną metaforą Azji, metaforą dalekiego wschodu.
Teraz od zachodu błyszczała złota łuna. Płonący frędzel mandaryna rozpościerał się nad łagodnymi wzgórzami.
Piliśmy syczuańską palinkę z butelki. Jedyny chińczyk w przedziale patrzył na nas jak na jak na pomylonych. Za pomocą kartki i długopisu wytłumaczył nam, że granica już blisko. Pisał "szszsz" na kartkowanym skrawku papieru, znakami przypominającymi żurawie odlatujące na zimę do Afryki.
Na pogranicznej stacji pół godziny od Yokohamy, gdzie wysiedliśmy na lodowaty peron kręcili się strażnicy w chińskich i japońskich mundurach. Tak musiały wyglądać granice, nim wprowadzono paszporty, granice Azji.
W dworcowej knajpie za ladą milcząca dziewczyna podała nam pustą jasnoniebieską paczkę papierosów Maotse. Potem wybiegła. Wskoczyła do starej Łady i machając nam na pożegnanie odjechała.
Wierny druh S. zwrócił uwagę na nabazgrany na papierosach tekst.
Litery nie zmieniają się ani w czasie ani w przestrzeni. Są tak samo nudne. Na paczce znajdował się przepis na lody z zielonej herbaty. Po Polsku.
Piję mocną kawę i myśle chińskiej freudowszczyźnie kojarzącej się z japońskim samurajem.

W międzyczasie lody:



1 i 1/3 szklanki słodkiej śmietanki  | 1 i 1/3 szklanki mleka | pół szklanki cukru | 3 łyżki zielonej herbaty | 6 ubitych żółtek |

W rondelku - na średnim ogniu - doprowadzamy do wrzenia śmietankę, mleko, cukier i herbatę. Gotujemy na wolnym ogniu przez 45 minut, mieszając od czasu do czasu.
Wypełniamy dużą miskę lodem, odstawiamy. Cedzimy ugotowaną mieszankę przez drobne sitko i wlewamy z powrotem do rondelka.
Dodajemy dwie łyżki gorącej mieszanki śmietankowej do żółtek - mieszając - by wyrównać temperaturę. Wolno wlewamy żółtka do rondelka, mieszając cały czas. Gotujemy na małym ogniu około 5 minut by temperatura osiągnęła ok. 80 stopni Ce (termometr kuchenny bywa przydatny).
Przelewamy naszą lodową gorącą mieszanke do miski, a tą wsadzamy do wcześniej przygotowanego lodu. Po 10 minutach przekładamy do maszynki do lodów i mrozimy około 8-10 minut. Trzecia i ostatnia przekładka do naczynia w którym lody będą się mrozić minimum 2 godziny.

Gdy gotowe - liżemy udając, że rozumiemy Azję z uśmiechem na twarzy.

Romek Samolot

Komu kaszanka? rewju i foto

Przepis zaadaptowany z restauracji Nobu (NYC).

00:24, b_hunter
Link Komentarze (37) »

Zdjęcia do blogu zrobiłem ja Samolot Roman

Licencja Creative Commons

romeksamolotfoto.blox.pl